W starożytnej Grecji wysoko ceniono demokrację i w drodze tajnego głosowania skazywano na wygnanie tych, którzy mieli zbyt autorytarne zapędy. Ten społeczny zwyczaj nazywano ostracyzmem. Zgodne funkcjonowanie społeczności było zatem oparte (między innymi) na pozbywaniu się elementów szkodliwych albo niepożądanych. Słowo zostało, jego znaczenie się zmieniło. Nadal oznacza wygnanie – izolację, zepchniecie poza margines – kogoś, kto zagraża wartości grupy, przy czym wartość ta może równie dobrze być szlachetna: na przykład uczciwość, albo przestępcza: na przykład służący indywidualnym interesom „układ”. Ostracyzm jest sposobem na poradzenie sobie z tym co niechciane. Prościej mówiąc jest to rozwiązanie problemu za pomocą kozła ofiarnego. Albo, poważniej mówiąc, za pomocą dyskryminacji i prześladowania.
Od czasów antyku minęły setki lat, ale w naszych codziennych poczynaniach niewiele się zmieniło. Kiedy plotkujemy albo wchodzimy w zmowy i kiedy dzielimy świat na „naszych” i „obcych” robimy to samo co nasi greccy przodkowie, tyle że niekoniecznie w zacnym celu obrony demokracji. Oczywiście może się zdarzyć, że z grupy zostaje wykluczony ktoś, kto reprezentuje faktycznie niekorzystne albo po prostu złe, destrukcyjne cechy, jednak częściej jest to sposób na usuwanie z pola widzenia tego co niewygodne. Bo któż z nas jest wyłącznie sprawiedliwy i uczciwy, niezmiennie lojalny, bez wyjątku odpowiedzialny i zawsze ładnie pachnie? Na pewno nikt, ale miło jest żywić przekonanie, że wady nas nie dotyczą, że są wizytówką „innych”. Zwykle nie chcemy mieć nic wspólnego z cechami, które uważamy za naganne albo odrażające i „obcy” bardzo łatwo stają się poręcznym koszem na nasze brudy. Co więcej, taka „ofiara” często skarży się na złe traktowanie, ale poza tym niewiele robi. Jakby był w tym jakiś interes, żeby można było skarżyć się na swoich prześladowców. Prawie każda grupa społeczna, czy to klasa w szkole, czy grono znajomych albo ludzi z jednego miejsca pracy ma swojego chłopca do bicia. I każdy chłopiec do bicia ma swoich dręczycieli.
To, że ten mechanizm towarzyszy ludziom od wieków, albo utrzymuje się, na przykład w miejscu pracy, przez wiele lat pomimo rzucającej się w oczy uciążliwości i niewygody, wynika z tego, że obie strony czerpią z niego korzyści. Trochę jak w grze w policjantów i złodziei: jedni skarżą na drugich, widzą w nich to, czego nie chcą uznać u siebie i zarazem żyć bez siebie nie mogą. Są sobie nawzajem niezbędni i wygodni, co samo w sobie może stawać się „układem”, w którym winę i wadę można przypisać „temu drugiemu”.
Nikt z nas nie jest bez skazy, wszyscy budujemy relacje z innymi ludźmi i pozostajemy pod wpływem uniwersalnych psychologicznych mechanizmów. Nikt z nas nie musi być doskonały, wystarczy, że będziemy wystarczajaco dobrzy. Ale powinniśmy być odważni w przyglądaniu się krytycznym okiem temu co robimy, a tym bardziej temu, czy z jakiegoś powodu (na przykład z wygodnictwa) nie utknęliśmy w przewlekłej skardze na zły świat, w którym wszystkiemu winni są policjanci. Albo złodzieje.
