3,4K
Lewis i Harris to miejsce, gdzie rytm życia jest jak puls spokojnego serca: powolny, równy, bez gwałtownych przyspieszeń. W Stornoway, największym mieście wyspy, ta niespieszność budzi we mnie wspomnienie klimatu mojego rodzinnego miasta, który pamiętam z dzieciństwa ponad cztery dekady temu: przez lata te same sklepy w tych samych miejscach, z tymi samymi towarami, ustawionymi zawsze w tym samym porządku. Tutaj to trwanie w niezmiennej formie jest jeszcze wyraźniejsze. W centrum – dwa sklepy Co-op, jedno Tesco, cztery sklepy z pamiątkami, jeden plac i kilka uliczek z ruchem wyłącznie pieszym. I to właściwie wszystko. Restauracje i kawiarnie, jeśli już są, często zamykają się o szesnastej, jakby współczesny świat z jego przymusem produktywności tu nie dotarł. W niedziele wiele z nich nie otwiera się wcale. Powstaje z tego atmosfera wspomnień i lekka klaustrofobia, ale nie ta więzienna, lecz ta, gdy po chwili rozglądasz się i myślisz: „i to już wszystko?”.
A potem, gdzieś na uboczu drogi, trafiasz na czerwoną budkę telefoniczną w szczerym polu. Niektóre z nich wciąż działają. Wrzucasz monety, może 10 pensów, i jest w tym wyobrażeniu coś z niesamowitości filmu „Stamtąd”: podnosisz słuchawkę, spodziewając się ciszy, a tymczasem po drugiej stronie odzywa się czyjś głos. Nie znasz go, ale on zna ciebie. Wtedy nagle wrzosowiska, torfowiska, górskie szczyty i morskie zatoki wokół wydają się jeszcze bardziej odległe – jakby cała wyspa była nie tylko miejscem na mapie, ale też czyjąś historią, w której właśnie się znalazłeś.
Lewis i Harris mają takie rozmiary, że w kilka dni można poznać wszystkie główne drogi – z północy na południe i ze wschodu na zachód. Po pewnym czasie rozpoznajesz zakręty, pagórki, nawet samotne domy, które stają się punktami orientacyjnymi. A jednak im lepiej znasz tę sieć, tym bardziej czujesz, że istnieje tu drugi, równoległy wymiar – ogromne połacie wrzosowisk, bagien, torfowisk, górskich zboczy i morskich zatok, które wciąż pozostają jakby poza mapą. Można je zobaczyć, ale nigdy do końca posiąść. To one nadają wyspie oddech i sprawiają, że nawet w miejscu, które pozornie poznałeś w całości, zawsze jest coś, co wymyka się nazwaniu i zapamiętaniu.
