Pomysł podróży do Kazachstanu i Kirgistanu zrodził się przy okazji dość neutralnej rozmowy w gronie moich przyjaciół. Na początku miał, jak to zwykle bywa, dość ogólnie naszkicowane zarysy, później zaczął się uszczegóławiać i coraz bardziej widoczne stawały się w nim góry Tienszan, a jeżeli chcielibyśmy wybrać się właśnie tam, to wszystko wskazywało na to, że najlepiej byłoby to zrobić konno. Tyle, że nikt z nas wcześniej konno nie jeździł.
Wydaje się to możliwe: wycieczki organizowane przez miejscowych przyjmują osoby bez jakiegokolwiek końskiego doświadczenia. Kirgiskie konie są spokojne, raczej posłuszne, nad wszystkim czuwa przewodnik. Ale, nie chodzi przecież o to, by kilka godzin przeczłapać. My mieliśmy zamiar wybrać się na końska wyprawę trwającą kilka dni. I tak się stało: bez marnowania czasu (do wyjazdu mieliśmy sześć miesięcy) zaczęliśmy uczyć się jazdy konnej i obsługiwania siodeł, popręgów, kopyt, ogonów i grzyw. Oraz jako takiego panowania nad sytuacją. Przyjemność w tym znaleźliśmy wielką, nasza wyprawa do Kirgistanu zaczęła się tym samym dużo wcześniej, zanim wylądowaliśmy na lotnisku w Ałamty.
O części wrażeń opowiedzą zdjęcia: z jazdy, z miejsc postoju, z naszych namiotów i kirgiskich jurt. Na wysokościach 3500 – 3800 m npm i w sierpniu zdarza się śnieg. Jest zimno, ale wyciągnięte spod siodeł derki i owcze skóry zapewniają ciepło w nocy. I ten niepowtarzalny zapach końskiego potu… serio, przyjemność nad przyjemnościami.
Czy w życiu warto próbować nowego? Czy warto uczyć się całkowicie nowych umiejętności, choćby po to, żeby spędzić tydzień konno w Niebiańskich Górach Centralnej Azji? Oceńcie sami, co jest Wam bliższe, a gdybyście chcieli posłuchać czegoś więcej na ten temat, posłuchajcie odcinka podcastu „Czy my się znamy” zatytułowanego „Od życiowej stabilizacji do ciągłego poszukiwania zmian”
